Spektakle

Dzień Świra opera|musical

15 lat od premiery kinowej filmu Marka Koterskiego tragikomiczna historia Adasia Miauczyńskiego powraca w wersji scenicznej jako „DZIEŃ ŚWIRA opera|musical”.

Opis spektaklu

Publiczność i krytycy nie mają wątpliwości, że „Dzień świra” to film kultowy. W przedstawieniu według libretta Marka Koterskiego i z muzyką Hadriana Filipa Tabęckiego, wyreżyserowanym przez Marcina Kołaczkowskiego, widzowie odnajdą wszystko to, co najlepsze w pierwowzorze, ciekawe rozwiązania inscenizacyjne oraz doskonałe kreacje aktorskie. „DZIEŃ ŚWIRA opera|musical” zaskoczy nowatorską formą. Oryginalny tekst pierwowzoru – zachowujący charakterystyczny styl językowy Koterskiego, łącznie z wulgaryzmami i powiedzeniami, które na stałe weszły do języka potocznego – zostanie zaprezentowany na scenie w niekonwencjonalnej formie operowo-musicalowej. 

W głównego bohatera wcieli się Maciej Miecznikowski (ex-lider zespołu Leszcze, wokalista oratorium „Tu Es Petrus”). Wszystkie najważniejsze kobiety Adasia Miauczyńskiego zagra zjawiskowa Joanna Kołaczkowska (artystka kabaretu Hrabi). Jako Synuś Sylwuś wystąpi Wojciech Solarz (aktor seriali „Bodo”, „O mnie się nie martw”, „Oficer”). W pozostałych rolach zobaczymy członków popularnego Kwartetu Rampa: Joannę Pałucką, Annę Ścigalską, Stefana Każuro, Grzegorza Kuciasa.

Spektakl przeznaczony jest dla widzów powyżej 16. roku życia.

Premiera 7 lipca 2017 o godz. 19:07.

 

 

 

Twórcy

Reżyseria:
Marcin Kołaczkowski

Libretto: Marek Koterski

Muzyka: Hadrian Filip Tabęcki

Scenografia i kostiumy: Anna Puchalska

Choreografia: Jarosław Staniek

Reżyseria światła: Artur Wytrykus

Produkcja: Music Company i Sztukoteka

Partner: Teatr Kamienica

Zdjęcia: Sylwester Ciszek

Zdjęcie na plakacie: Dariusz Senkowski

Obsada: Maciej Miecznikowski, Joanna Kołaczkowska/Beata Rybotycka, Wojciech Solarz, Kwartet Rampa w składzie: Joanna Pałucka, Anna Ścigalska, Stefan Każuro i Grzegorz Kucias

Galeria zdjęć

Recenzje

Zaskakująca premiera w czasie, kiedy większość teatrów się zamknęła. W Kamienicy Emiliana Kamińskiego w ostatni piątek feta, hostesy, wino w kuluarach i gwiazdy na widowni. Zagrali dla nich, i dla takich zwykłych ludzi jak ja, „Dzień świra”.
Ale wystawienie „Dnia świra” to coś więcej niż okazja do spędu celebrytów. Sam pomysł uteatralnienia sławnego filmu sprzed 15 lat wydaje się karkołomny. A jeśli powiem, że przerobiono go na operę…. No może musical, bo śpiewają jedynie półoperowymi głosami, ale jednak operę bo śpiewają prawie wszystko, dialogów mówionych jest mało. Przedsięwzięcie autoryzował jednak sam mistrz Marek Koterski. To on napisał libretto i on pojawił się na widowni, a podczas finałowych owacji - na scenie.

Zacznę od filmu. Bez wątpienia był wydarzeniem. Chwalonym przez bardzo różne postaci – od lewicy do prawicy, fetowanym w Gdyni. Jedni widzieli w nim wynaturzony obraz Polski autorstwa rozmiłowanego w wulgaryzmach nihilisty. Inni – dzieło konserwatywnego mizantropa bijącego w poprawność polityczną, łącznie z zakazem obrażania kobiet. A zarazem utrafił w czuły punkt wielu ludzi. Choć nie przełomowo odkrywczy, raczej zbierający znane już doświadczenia, wydał się czułym rejestratorem naszych traum codziennych.

Adaś Miauczyński, znany już z kilku wcześniejszych obrazów Koterskiego (nie wszystkie lubię jednakowo), z jednej strony zderzając się z rzeczywistością, opowiada nam rodzaj przypowieści o brutalności świata, gdzie poniżają cię lekarze, nękają reklamy w telewizji, a chamstwo wdziera się w życie inteligenta z bloku psimi odchodami na trawniku i porannym warkotem pneumatycznego młota. Ale w szerszym sensie także traktowaniem tego inteligenta przez władzę i popkulturę. Zarazem ten inteligent nie jest wcale niewinny. To antypatyczny nie kochający nikogo, choć straumatyzowany egoista.

Ktoś spytał mnie przy okazji mojej pierwszej notki o tej premierze, czy „Dzień świra” to przegląd męskich lęków. Na pewno nie mężczyzny typowego, większość z nich nie mieszka samotnie, nie cierpi na nerwicę natręctw i nie ogłasza, że jedyną istotą, jaką kocha, jest jego niemądry syn. Ale możliwe, że dopiero przy takiej karykaturze te lęki mocniej widać. Przy czym Koterski nie tylko nie oszczędził kobiet w dobie „równouprawnienia”, ale okazał owemu koszmarnemu mężczyźnie sporo solidarności. Tak samo jak zaszczutemu inteligentowi. A to jedna i ta sama osoba – Adaś Miauczyński.

Tak mocno poniżyć swego bohatera i zarazem tak go bronić – to potrafi tylko mądry artysta. Trudno ten film polubić, a zarazem bardzo nas z sobą wiąże – słownymi gagami i paradoksalnymi scenami. Ja oglądałem go po wielekroć, więc dość wierna, choć ze skrótami, wersja śpiewana była dla mnie trochę streszczeniem. Na ogół pamiętałem, jakie słowa padną za chwilę. Nie padły najbardziej ulubione: „w ryj dać, mogę dać”. A równocześnie ta inscenizacja to świetna robota teatralna. Opera budzi skojarzenia ze sztucznością. Tu fakt wyśpiewywania najdziwaczniejszych i najbardziej wstydliwych emocji nie razi, a przykuwa uwagę i to przez cały czas. Muzyka Hadriana Filipa Tabęckiego, trudna do zakwalifikowania gatunkowego, jest świetnym przewodnikiem po zdarzeniach, niepokojąca, groteskowa niczym melodie Nino Roty w filmach Felliniego. Maciej Miecznikowski, aktor, śpiewak, piosenkarz, jest cały czas na scenie w roli Adasia. Śpiewa i równocześnie opowiada. Robi to znakomicie.

Jest w tej opowieści coś z ducha kabaretu, ale tego najbardziej ambitnego, sięgającego po nasze lęki i wstydliwie skrywane cechy. Oczywiście nie mamy tu opowieści realistycznej, kolejne scenki to skróty, czasem korzysta się z ekranu, jak w ostatnim widowisku Mumio, uzupełniając to, czego nie pomieści mała scenka Kamienicy. Umowność, wykreowana przez reżysera Marcina Kołaczkowskiego (oklaski!), jest podkreślana przez fakt, że gra tylko siedmioro aktorów. Ludzie z tak zwanego Kwartetu Rampa: Joanna Pałucka, Anna Ścigalska, Stefan Każuro, Grzegorz Kucias występują w wielu rolach, można by rzec inscenizują na poczekaniu kolejne zagrożenia i koszmary w życiu bohatera. Robią to świetnie.

Miałem wątpliwości, czy ktoś, kto nie pamięta filmu lub go nie zna, uchwyci każdy niuans. Osoba, która była ze mną na przedstawieniu, przekonywała, że tak. Oczywiście konwencja filmu była nieco inna. Całość groteskowa, nierzeczywista jak z koszmarnego snu, ale szczegóły naturalistyczne. Tu wszystko jest nie całkiem rzeczywiste, bo teatralne. Czasem wynika to nawet z ograniczonych środków. Jadąc pociągiem nad morze, Adaś jest ewidentnie osaczony przez kobiety. Tu mamy dwie kobiety i dwóch facetów, bo to wynika ze składu obsady.

Czas na pozostałe pochwały. Dla wyrazistej Joanny Kołaczkowskiej grającej równocześnie matkę, byłą żonę i wyidealizowaną ukochaną Miauczyńskiego. Oraz dla zjawiskowego Wojciecha Solarza, który ze swoim style rodem z Kabaretu na Koniec Świata, który ja nazywam nowoczesnym chaplinizmem, znakomicie pasuje do tej konwencji. Jest synem Sylwkiem w finale nawet cieplejszym niż syn Koterskiego, który grał tę rolę w filmie u boku Marka Kondrata.

Właśnie finał. Część galowej publiki, chyba zbyt jednoznacznie zakwalifikowała widowisko jako farsę śmiejąc się do końca. Tymczasem kilka scen było naprawdę przejmujących, a finał szczególnie. Owszem, Adaś odtrącający miłość życia ma w sobie coś z Podkolesina z „Ożenku” Nikołaja Gogola, ale to jednak coś więcej niż seria śmiesznych obserwacji. Nie będę przesadzał, ale Koterski coś nam mówi o tragizmie naszej egzystencji. Czy dobrze to rozumiemy?

Groteska, teatralna umowność, na dokładkę opera. A jednak miałem wrażenie, że jestem w teatrze, który chce ze mną rozmawiać. Takim jest cała Kamienica – bez stałego zespołu, w którym Emilian Kamiński dobiera repertuar w sposób przyjazny dla ludzi, co nie znaczy pozbawiony ambicji. Komunikatywność nie musi być grzechem.

Nie wszystkie wymiary Adasiowego ekshibicjonizmu biorą mnie jednakowo. Finałowa modlitwa Polaka aby pognębić sąsiada trochę co innego znaczyła w roku 2002. Teraz wymachiwanie biało-czerwoną flagą może być brane za polityczną doraźność, o czym świadczyły reakcje części publiki. To są moje wątpliwości, ale przecież miałem poczucie teatralnej satysfakcji. Ta podróż do dziwnej, a zarazem bardzo znajomej krainy Koterskiego, dała mi dużo satysfakcji.

Piotr Zaremba

Teatr Kamienica sięgnął na wakacje po kultowy już tekst Marka Koterskiego i wystawił „Dzień Świra”. Reżyser Marcin Kołaczkowski wraz z twórcą muzyki, Hadrianem Filipem Tabęckim, przygotowali operową wersję przemyśleń i rozterek życiowych Adasia Miauczyńskiego. Po obejrzeniu spektaklu obawiam się, że podzieli on losy filmu. Będzie miał duże grono fanów, którzy porozumiewają się tekstami Miauczyńskiego i sporą grupę tych, dla których spektakl będzie po prostu nudny i mało śmieszny.

Postać Adama Miauczyńskiego (czasami występuje jako Michał) została stworzona przez Marka Koterskiego i pojawiła się w ośmiu filmach tego reżysera. Najczęściej w rolę Miauczyńskiego wcielał się Marek Kondrat.

Trudno powiedzieć, o czym jest przedstawienie, tak samo niemożliwe jest streszczenie filmu. W skrócie – dla osób nieznających losów bohatera – jest to historia o neurotycznym poloniście, cierpiącym na psychozę natręctw, skupionym na własnych przeżyciach, co powoduje coraz większe problemy i konflikty z otaczającymi go ludźmi.

Niemożliwe jest nieporównywanie filmu z wystawianym spektaklem. Większość słynnych filmowych scen zostało bowiem przeniesionych na deski sceniczne w nieomal niezmienionym kształcie, np. sceny z sąsiadką i psem czy scena z Sylwusiem i sławnym „robieniem dzióbka”.

Największe brawa należą się twórcom za scenografię i pomysł ze stworzeniem filmowych elementów spektaklu. Jakkolwiek by to zabrzmiało, ekran, na którym są one wyświetlane, jest najważniejszym komponentem spektaklu. Jest to integralny składnik każdej sceny. Rozpoczyna lub kontynuuje wydarzenia, które rozgrywane są przez aktorów, np. klatka schodowa i „zwyczaj zamykania drzwi”, zderzenie ze skrzynką pocztową i wiele innych. Z tego połączenia powstają nieomal maleńkie etiudy aktorskie, np. scena spaceru Sylwusia z Adasiem. Dzięki takiej „ruchomej” scenografii pokazana na filmie ulica jest żywa, chodzą po niej normalni ludzie żyjący swoim życiem. Zarazem oglądamy typowe obrazki współczesnej Polski, jak nieodłączny towarzysz dużej części Polaków, czyli „kijek do robienia selfie”. Niektóre sceny są tylko zaznaczone na ekranie i opowiedziane z off-u przez tzw. Chór bohaterów, który jest swoistym alter ego Adasia Miauczyńskiego. Kolejnym pomysłem twórców przedstawienia było zaprezentowanie tekstu Koterskiego jako opery z elementami musicalu. I jak przystało na operę, spektakl jest w całej swojej formie śpiewany. Miałam wrażenie, że czasami jest to śpiew wtłaczany w inscenizacyjną tkankę jakby nieco na siłę i w rezultacie momentami było to dosyć męczące.

W postać głównego bohatera wcielił się Maciej Miecznikowski – aktor, wokalista i osobowość telewizyjna. Reżyser postawił przed nim nie lada wyzwanie – zagrać postać Miauczyńskiego po brawurowym i niezapomnianym wykonaniu Marka Kondrata. Nota bene, Kondrat pojawił się w spektaklu, gdyż użyczył głosu jednej z postaci – psychiatrze z bródką. Miecznikowski świetnie śpiewa, jest przecież wykształconym śpiewakiem operowym, wygląda jak zagubiony inteligent, ale niestety musi jeszcze poszukać w sobie osobowości neurotycznej. W niektórych scenach jest zbyt mało wiarygodny i przekonujący. Partneruje mu Joanna Kołaczkowska wcielająca się w role wszystkich kobiet Adasia. Z lekko kabaretowym zacięciem (w najlepszych tego słowa znaczeniu) bardzo dobrze potrafi pokazać inność każdej z nich. Chyba najbardziej przekonał mnie Wojciech Solarz jako synuś. To był inny Sylwuś niż filmowy (Michał Koterski), ale doskonale pasujący do całej konwencji tekstu i spektaklu.

Bardzo ważnym elementem przedstawienia jest kwartet Rampa, czyli Joanna Pałucka, Anna Ścigalska, Stefan Każuro i Grzegorz Kucias. Czworo aktorów wzięło na siebie ciężar stworzenia wszystkich pozostałych bohaterów sztuki. Są sąsiadami – uroczo zainscenizowana scena pod prysznicem – robotnikami pracującymi na podwórku czy współpodróżnymi w pociągu. Ogromnym atutem spektaklu jest praca wykonana przez Jarosława Stańka, który jest autorem choreografii. Dzięki jego pomysłom cały ruch sceniczny jest tutaj bardzo istotnym elementem narracji i świetnie koresponduje z wyświetlanymi projekcjami filmowymi. Zdecydowanie jednym z najlepszych momentów była malownicza scena stworzenia plaży i brzegu morza.

Twórcy nie zapomnieli o sławnej i bardzo ważnej dla autora libretta cyfrze siedem. Przewija się ona w różnym kontekście przez cały spektakl. Zresztą sama premiera została specjalnie zaplanowana na 7.07 na godzinę 19:07, a antrakt trwał 21 minut czyli 3x7.

Podejrzewam, że spektakl „Dzień Świra” przyciągnie dużą rzesze widzów. Skusi ich zapewne tytuł, nazwiska twórców, filmik reklamowy w internecie. Jednak cały czas mam wrażenie, że jest to przedstawienie tylko dla fanów filmu i Adasia Miauczyńskiego. Jeśli ktoś nie widział wcześniej filmu albo nie zna twórczości Marka Koterskiego, spektakl będzie dla niego skupiskiem dziwnych, oderwanych od siebie scen, pełnych wulgaryzmów, z ciekawymi rozwiązaniami scenograficznymi i prowokacyjno-polityczną sceną finałową. Obawiam się, że to może być zbyt mało.

Iwa Poznerowicz

Najpierw był dramat Dzień świra, który wyszedł z pod ręki Marka Koterskiego, potem powstał film tegoż samego autora. W końcu ktoś odważył się, w formie opery w Teatrze Wielkim w Poznaniu, dzieło to wystawić. A potem było wielkie nic. Aż do momentu, kiedy Marcin Kołaczkowski postanowił Dzień świra ożywić na teatralnych deskach. Tylko, że teraz zamiast opery mamy operę - musical i zupełnie nowego Adasia Miauczyńskiego
Niełatwo mierzyć się z ideałami. Na próżno też starać się je powielać. To fakt niezaprzeczalny. I w tym wypadku już po samym tytule: Dzień świra opera | musical, moglibyśmy spodziewać się, że ten pościg trwać będzie w najlepsze. A Marcin Kołaczkowski postawi sobie za zadanie, aby dorównać filmowi Dzień świra Marka Koterskiego, zresztą genialnemu. Niejedną osobę mogłoby to przerazić zwłaszcza, że dzieło to wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością, a jego „wyznawców” spotkać można na każdym rogu ulicy (kto nie widział tego filmu chociażby dwa razy?). Sama mogę przyznać się do tego, że miałam lekkie obawy co z tego spektaklu wyjdzie i jak Maciej Miecznikowski sprawdzi się w roli nowego Adasia Miauczyńskiego. Stało się jednak tak jak zapowiedział reżyser, czyli że żadnej kalki filmu nie było, a widz nie dostał dzieła, które mógłby porównywać z jego pierwowzorem. I nagle okazało się, że mamy spektakl który jest po prostu niezaprzeczalnym sukcesem.

Sama jego forma, która czerpie trochę z musicalu, trochę z opery nadała tej sztuce bardzo luźnej formy. Aktorzy nie musieli silić się, aby śpiewać bez nutki fałszu, żeby wypaść perfekcyjnie. Oni w wyznaczonych przez reżysera ramach bawili się po prostu przestrzenią jaką otrzymali. I tak ją zagospodarowali, że stworzyli karykaturalny obraz naszego polskiego społeczeństwa, w którym egzystuje wielu takich jak Adaś Miauczyński. Bo jak dobrze wiemy, główny bohater jest trochę zgorzkniałym panem, któremu to życie ułożyło się nie tak jak powinno. Studia polonistyczne, a potem praca nauczyciela za małe pieniądze. Ślub i dziecko, a potem rozwód. Życie u boku matki, która tak naprawdę nie przejmuje się losem swojego pierworodnego. I w końcu dawna, niespełniona miłość, o której bohater śni każdego wieczoru. I na tym etapie wydawać by się mogło, że jeszcze nie jest z Adasiem tak do końca źle, ale jego mania natręctw przybiera takich rozmiarów, że nie pozwala normalnie funkcjonować mu w społeczeństwie. I nagle wszyscy są źli, wszyscy są przeciwko niemu, wszyscy działają tylko na jego szkodę. I nie da się niezauważyć, że taka postawa bliska jest nam wszystkim, bo i wszyscy lubimy na coś narzekać. A wszystko co złe - wiadomo - przytrafia się tylko nam.

Nie przypadkiem przedstawiony w spektaklu obraz tak wyraźnie odnosi się do naszego polskiego społeczeństwa (idealnym tego podsumowaniem jest „Modlitwa Polaka”), zresztą wiele rekwizytów pojawiających się na scenie nasz tok myślenia powiedzie w tę właśnie stronę. I chociaż nie będzie to miły i przyjemny obraz, a w postawie Adasia przejrzymy się jak w lustrze i zobaczyć własne przywary i błędy, to mimo wszystko ten obraz i tego Adasia bardzo polubimy. Bo Maciej Miecznikowski wykreuje taką postać, z której będziemy mogli się i trochę pośmiać i trochę jej pożałować. A w końcowych wydźwiękach spektaklu bardzo dobrze i zrozumieć. Nie da się ukryć, że nowy Adaś Miauczyński to nowy manifest Polski i Polaków, który na przestrzeni lat - od premiery filmu - trochę się zmienił, bo stał się bardziej dosłowny i dosadny. Ale jakże prawdziwy i wnikliwy. I chociaż cały ciężar spektaklu spada tutaj na postać Adasia to ten bohater nie miałby prawa bytu gdyby nie otaczające go inne postacie. W podwójnych rolach (czasami i potrójnych) zobaczymy Joannę Kołaczkowską, Wojciecha Solarza oraz Kwartet Rampa w składzie: Joanna Pałucka, Anna Ścigalska, Stefan Każuro i Grzegorz Kucias. I gwarantuje, że zachwycimy się każdą z nich. Ja szczególnie chylę czoło przed Stefanem Każuro, którego sposób gry aktorskiej, mimika i ta lekkoś poruszania się po scenie urzekały i łapały za serce.

Nie da się niezauważyć, że oprócz nowego manifestu, który swoim spektaklem Marcin Kołaczkowski tworzy, zobaczymy na scenie także i hołd złożony Markowi Koterskiemu. Proszę uważnie przyjrzeć się scenie, która dzieje się w szkole. Bo to właśnie tam reżyser wśród znanych dzieł polskich wieszczy umieści i Koterskiego. Bardzo symboliczny gest, który zasugerował, że tak jak Reymont czy Mickiewicz pisali o Polsce tak zrobił to i Marek Koterski, tylko że jego wersja jest nam bardziej bliska i bardziej współczesna. I naprawdę podziwiam reżysera, który potrafił z Dnia świra wydobyć jeszcze inne i nowe przesłania. Że nie powielił żadnego ze schematów, które Marek Koterski w swoim dziele zawarł. Że zrobił coś po swojemu, a mimo to zachował rytmikę i konkretną myśl jaka temu dziełu przyświeca. Niezaprzeczalny sukces, który nie powielił pierwowzoru, tylko nadał mu nowy wymiar.

 

Afisz Teatralny

Gdy tylko usłyszałem o tym, że „Dzień Świra” zostanie wystawiony w Teatrze Kamienica – mojej radości nie było końca. Jednak im bliżej do premiery tym mocniej drążyły moją duszę dwa słowa, które nieodłącznie promowały spektakl – opera oraz musical. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy „to się nie może udać”. I wiecie co? Udało się, a ja muszę się przyznać do pomyłki. Okazuje się, że recenzowana właśnie sztuka to jedna z najciekawszych propozycji tego klimatycznego, Wolskiego teatru. I chociaż z werdyktem najlepiej zawsze poczekać do końca – tym razem nie mogłem się powstrzymać.

Dzień Świra opera/musical to opowieść stworzona na podstawie scenariusza kultowego filmu Marka Kotarskiego z 2002 roku. Mamy więc dobrze znanego Adasia Miauczyńskiego oraz niewątpliwą przyjemność obserwacji jego niezbyt udanego życia. W odróżnieniu od oryginału z tą różnicą, że tutaj najbardziej znane kwestie lub sytuacje – są śpiewane własnie na modłę radosnych musicali lub troszkę bardziej poważnych oper.

W rolach głównych występują Maciej Miecznikowski, Wojciech Solarz, Joanna Kołaczkowska, Joanna Pałucka, Stefan Każuro, Grzegorz Kucias, Anna Ścigalska. Ten pierwszy w roli Miauczyńskiego poradził sobie tak dobrze, jak kilkanaście lat temu Marek Kondrat. W moim odczuciu to jedno z największych wyróżnień, które można w tego typu sytuacji usłyszeć. Co do reszty ekipy to jest bardzo pozytywnie i wszyscy są szalenie utalentowani – nie mogę niestety wskazać kogoś, kto przodował – bo nie tylko każda osoba bardzo mi się podobała, co niektórzy chyba troszeczkę ukrywali swój talent skrzecząc – np. odgrywając emerytkę. Tak czy siak, chociaż obsada nie jest znana z pierwszych stron gazet to warsztat ma solidny i myślę, że możemy im zaufać w ciemno.

Jeśli chodzi o samą fabułę to ta chociaż napisana dość przejrzyście, w wymaga chociaż w minimalnym stopniu znajomości oryginalnego filmu. O ile pewne znaczące sceny odegrane są w sposób dość klarowny, to mimo wszystko wydają się być poprowadzone odrobinie zbyt chaotycznie. Przekład 1:1 był oczywiście niemożliwy, ale właśnie poprzez liczne piosenki, jak i samą dość niekonwencjonalną strukturę Dnia Świra – wypada po prostu znać go wcześniej. Nie zrozumcie mnie jednak źle – tak genialnego scenariusza nie dało się skopać – aczkolwiek jakakolwiek podkładka wydaje mi się potrzebna. Nie oszukujmy się też – jeśli już ktoś pójdzie do teatru to właśnie zanęcony znanym sobie tytułem. Ale wracając do scenariusza – obserwujemy życie Adasia Miauczyńskiego – polonisty, człowieka wyższej kultury, którego jednak los zdecydowanie od lat nie oszczędza. Jesteśmy więc świadkami normalnych czynności jak poranna gimnastyka czy toaleta – podanych w sposób niezwykle satyryczny i współczesny. Z jednej strony przez ironiczne spojrzenie samego Marka Koterskiego, z drugiej jako coś zaskakującego, odświeżonego, rozśpiewanego, wyreżyserowanego przez Marcina Kołaczkowskiego. W dodatku każdy z nas uwielbia podglądactwo – a tutaj mamy możliwość nie tylko w nim uczestniczyć, co uruchomić staropolskie „dobrze mu tak” i chociaż na chwilę poczuć się lepiej niż gnębiony przez okrutne życie bohater.

Najważniejsze cytaty filmowe zostały jednak zachowane, reszta natomiast obrosła w muzykę i musicalowo-operowe wykonanie. Większość piosenek jest świetnie zaaranżowana, perfekcyjnie wykonana i zdecydowanie wpadająca w ucho. Muzyka to małe mistrzostwo świata – jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem tak doskonałych dźwięków. Wielkie brawa dla autora, bo te nie tylko są energiczne, ale także kosmicznie hipnotyzujące. Gdyby tylko istniała możliwość kupienia ścieżki dźwiękowej do tego musicalu – kupiłbym ją od ręki, od razu w teatrze. Tak więc nie warstwa muzyczna nie ustępuje największym musicalom.

Sam poziom wykonania to jedno, drugie to możliwości sprzętu i miejsca w którym przedstawienie jest wystawiane. Jak przystało na tego typu sztukę – głosy rozchodzą się po sali czysto i bez zniekształceń. Wszystko można normalnie i bez większych problemów zrozumieć – a to dzięki rozwieszonym sprytnie mikrofonom. Szeptów w scenariuszu praktycznie nie ma, są za to wyraźne, głośne i dobrze akcentowane piosenki. Co prawda ze dwa razy jakiegoś dialogu nie zrozumiałem, ale mimo wszystko jest to praktycznie zerowe utrudnienie. Dekoracje są odrobinę ubogie, tak naprawdę główną i praktycznie jedyną jest kanapa. Większość nastroju budują jednak odpowiednie stroje oraz tło wyświetlane z projektora, które w sposób bardzo plastyczny naprowadza widza na miejsce akcji. Nie sposób się tutaj zgubić, a każdy kolejny utwór zaskakuje czy to strojami aktorów czy też ciekawym ujęciem/grą świateł. Jeśli lubicie rozbudowane dekoracje – będziecie zawiedzeni. Jeśli natomiast bardziej interesuje Was treść i lubicie różnorodne miejsca akcji – będzie to sztuka idealna.

Dzień Świra opera/musical to niezwykłe doświadczenie, to wyprawa i przygoda, to podróż w czasie. Zdecydowanie niezapomniana i potrzebna – zwłaszcza dla wielbicieli filmu, ludzi potrafiących cytować z pamięci najważniejsze dialogi. Pamiętając o co chodzi nie tylko łatwiej się odnaleźć, ale też przyjemniej przetworzyć, porównać, zrozumieć. Dlatego jeśli o Dniu Świra nigdy nie słyszeliście, warto go nadrobić. Ponieważ „opera/musical” to również świetne piosenki, ciekawe wykonania i myślę, że pewna nowość w skostniałym świecie tego typu produkcji. Jeśli boicie się, że taki temat nie mógł się udać albo, że powstrzymuje Was fakt, iż nie jesteście największymi fanatykami opery na świecie – to nic nie szkodzi – ważna jest tylko miłość do kultowego już dzieła Marka Kotarskiego.

Dzień Świra zobaczycie w Teatrze Kamienica już po wakacjach, kolejne spektakle odbędą się np. 24 września (15:30 i 19:00), 25 września, 10 października, 11 października i 13 października. Bilety w cenie od ok. 100 do 140 złotych kupicie w kasie teatru oraz przez ich stronę www. Jednak śpieszcie się! Większość z tych na bliższe terminy jest już prawie wyprzedana. Ja polecam, to naprawdę niezwykła sztuka, zaskakująca, niecodzienna, przywołująca wspomnienia. Warto!

Piotr Gniewkowski